30 stycznia 2018

Puder ryżowy- pierwsze wrażenie



Może nie do końca takie pierwsze wrażenie, ale zdążyłam użyć tego produktu dosłownie kilka razy i to zdecydowanie za mało, żeby napisać coś wiarygodnego. Ale mogę napisać o moim wrażeniu na ten moment.
A moje wrażenie jest takie, że kocham puder ryżowy. Nie do końca sprawdził się na podkładzie mineralnym. Na zwykłym podkładzie, gdy puder nakładałam puchatym, dużym pędzlem był całkiem ok, chociaż nie zauważyłam fajerwerków.
ALE! Są dwa sposoby dla mnie na ten moment, które sprawdzają się naprawdę fantastycznie. Pierwszy z nich to wklepywanie przy użyciu mokrej gąbeczki. I świetnie do tego nadaje się gąbeczka, która wcześniej była użyta do nałożenia podkładu. Ten sposób sprawia, że buzia naprawdę długo zachowuje mat. Ja zazwyczaj naprawdę bardzo szybko zaczynam się świecić, po takim wklepaniu pudru ryżowego ani razu w ciągu dnia nie musiałam „usuwać” tego świecenia.  Poza tym pomimo sporej ilości pudru jaka jest zużywana przy tej metodzie, ani podkład, ani puder nie zbiera się nigdzie w załamaniach, czy zmarszczkach. 

A drugi sposób, to użycie pudru ryżowego ZAMIAST podkładu. To dobry pomył  na te dni kiedy moja cera wygląda dość dobrze i nie potrzebuję dużego krycia. Chociaż, zauważyłam, że mimo transparentności, można zbudować delikatne krycie. Twarz długo zostaje matowa, nie jest obciążona, wygląda po prostu zdrowo i dobrze.

A zdjęciach widać moją buzię po dziesięciu godzinach od nałożenia tylko pudru ryżowego, którego też użyłam jako bazy pod cienie. Ja ten efekt oceniam dużo lepiej niż efekt po dziesięciu godzinach od zastosowania jakiegokolwiek podkładu.

27 stycznia 2018

Denko #2



To będzie długi wpis, więc proponuję zróbcie sobie kawkę albo herbatę i zapraszam. 
Zacznę od szamponów, bo na ich temat nie mam zbyt wiele do napisania. O dwóch szamponach z Farmony pisałam już tutaj, ten z wyciągiem z bursztynu też niedawno wykończyłam ale albo wyrzuciłam, albo zgubiłam opakowanie. Jeśli chodzi o Biovax to bardzo delikatnie pachniał, a jego konsystencja i to w jaki sposób się  pienił (a pienił się mega delikatnie) przypomina mi bardzo szampon Babydream. 
Dawno, dawno temu skończyłam używać serum z Eveline i całkiem o nim zapomniałam. Ale z tego co pamiętam, to używałam go na noc i chyba nie codziennie bo albo mnie wysuszało, albo obawiałam się tylko że mnie wysuszy. Ale cieszę się bardzo, że znalazłam tą buteleczkę, bo zamierzam ją umyć dokładnie i zrobić w niej sobie własne serum.


Płyn micelarny Tołpa. Pomimo obecności alkoholu w składzie nie podrażnił mnie, ani ten, ani jego wersja w zielonym opakowaniu. Mocno pachniał, z makijażem nawet mocnym radził sobie całkiem ok, teraz używam kolejnego płynu micelarnego Tołpy i też jest zadowolona. Ogólnie duży plus dla tego produktu.



Coat przyspieszający wysychanie. Chyba najtańszy tego typu produkt. Kiedyś skusiłam się na niego bo był w jakiejś promocji, że zapłaciłam za niego grosze i został ze mną, teraz już mam kolejne opakowanie. Jego wada jest taka, że rozpuszcza lakier, który nim pokrywamy, ale jeżeli używa się go szybko i sprawnie, to wszystko wygląda bardzo dobrze i naprawdę bardzo przyspiesza wysychanie lakieru.







Czas na maski. Ich było w mojej pielęgnacji baaardzo dużo, i z pewnością nie mam tu wszystkich opakowań. Najpierw mega buble, czyli Marion Japoński rytuał, pisałam o tej masce tu.




Kolejny bubel, a raczej rozczarowanie.Po marce Benton spodziewałam się naprawdę dużo, niestety tkanina była bardzo niedopasowana, esencji było mało, uczucie po zdjęciu maski przez moment przyjemne, skóra była ładnie napięta, ale do słownie po chwili ta wmasowana esencja dosłownie zniknęła. Mogłabym spokojnie nałożyć na buzię jakiś krem ale nie zrobiłam tego bo byłam ciekawa efektu rano... Efekt był taki jakbym nic na twarz nie nałożyła przed snem. Nie sądzę bym sięgnęła jeszcze kiedyś po tę maskę.





Skin79 i na temat tych masek nie mam nic do powiedzenia. Były ok, szału ani krzywdy nie zrobiły. 


Maska, która uratowała mnie w Pradze i kilka razy po powrocie i ją uwielbiam i też już niej pisałam, tu:

I moje najbardziej ukochane maski, do których wracam regularnie. Lomilomi, wypróbowałam wszystkie i najbardziej kocham jaśminową. Pięknie pachną, mają dużo esencji, są dobrze dopasowane do twarzy, efekt ich stosowania jest długotrwały. Uwielbiam, kocham, i nie znalazłam do tej pory innej maseczki w płachcie, która byłaby choć w połowie tak cudowna, jak te z Lomilomi, mimo ich naprawdę super niskiej ceny.



Teraz największe nieszczęście ever. Skończyłam perfumy, które kocham. To dla mnie trudne i nawet nie chcę o tym pisać.




Tonik z Vianaka. Pachnie fantastycznie, miętowo, delikatnie chłodzi i jest ok. Robi co ma robić ale fajerwerków nie ma.


Podkład z Bielendy, a konkretnie jego próbka. I teraz uwaga, JESTEM PRAWIE PEWNA, ŻE PRODUKT W PRÓBKACH RÓŻNI SIĘ OD PRODUKTU PEŁNOWYMIAROWEGO. Słyszałam kiedyś o tym, że producenci kosmetyków tak robią, żeby zachęcić do zakupu, ale pierwszy raz odczułam to na własnej skórze.


Podkład w próbkach jest świetny, wypróbowałam, spodobał mi się, kupiłam wersję pełnowymiarową, Inne krycie, inna konsystencja, inna trwałość, po prostu, inny produkt, potem latała, i zbierałam próbki gdzie się da i ich używam i jestem zadowolona.


 Kolejna próbka to krem BB z Lily lolo, to mój pierwszy podkład mineralny w formie płynnej. Zaskoczenie super pozytywne, i przy najbliższej okazji kupię produkt pełnowymiarowy.


I w ten sposób dobrnęłam do końca. Są to moje zużycia tak naprawdę z ostatnich kilku miesięcy, i następne denko zapewne też pojawi się za jakiś (raczej dłuższy) czas.


24 stycznia 2018

Czarna maska Pilaten



czarna maska pilaten
 Wiem, że ta maska była super popularna jakiś rok lub lata temu i może to trochę zabawne, że wyskakuję teraz nagle z wpisem o niej. Ale nie podniecałam się jej super magicznymi super mocami wyciągania wielkich zaskórników z porów. Kupiłam ją bardzo przypadkiem w Hebe, była w promocji i w ostatniej chwili krzyknęła do mnie „ hej, kup mnie!”
Użyłam tej maski do tej pory trzy razy. Za każdym razem na bardzo oczyszczoną, lekko rozpulchnioną skórę, mimo to, na ściąganej masce nie zauważyłam nic, z czego moja skóra zostałaby oczyszczona. 

Czy to znaczy że ten kosmetyk nie działa? Chyba nie, ponieważ zaraz po zdjęciu mam wrażenie, że pory są naprawdę oczyszczone, zwłaszcza po nosie widać, że nie ma czarnych zaskórników. Niestety jest to jednak efekt bardzo krótkotrwały. Myślałam, że po kilku użyciach coś się zmieni na dłużej, zwłaszcza, że w międzyczasie stosowałam też inne maski, ale niestety, wciąż oczyszczenie widać zaraz po zdjęciu produktu, a już następnego dnia skóra wraca do stanu „przed”.
Poza tym ja mam ogromny problem z ładnym, równomiernym nałożeniem tego kosmetyku. Ostatnio chwilą po nałożeniu maska zaczęła mi skapywać, i pobrudziłam sobie nią bluzkę. Ściąganie jest dość łatwe, pod warunkiem, że równomierna warstwa cała zastygnie. Ja zawsze gdzieś mam więcej produktu i tam nie zastyga.
czarna maska pilaten

Pozostałości maski czyszczę za pomocą wacika nasączonego tonikiem i la mnie ten sposób całkowicie wystarcza.
Jeśli chodzi jeszcze o samo nakładanie, to polecam robić to pędzelkiem, ponieważ z dłoni maska oczywiście schodzi, ale niezbyt łatwo.
czarna maska pilaten

Podsumowując. Czarna maska Pilaten nie robi cudów i nie jest łatwa w obsłudze. Dodam jeszcze że pachnie jak bardzo tani, byle jaki cytrynowy krem do rąk. Zużyję to opakowanie, bo maska mnie nie uczuliła, ani nie podrażniła, ale jestem pewna, że nie kupię kolejnego opakowania.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...