21 września 2017

Moja miłość do legginsów

Szybki, ponadprogramowy wpis, ale byłyśmy dzisiaj na zakupach i chciałam przy okazji napisać o mojej szczerej i najprawdziwszej miłości do legginsów.

Ostatnio trochę przytyłam (w bardzo świadomy i kontrolowany sposób) i dlatego wszystkie moje spodnie zrobiły się na mnie za małe. Ponieważ mam w planach nabrać jeszcze kilka kilogramów, to nie chcę kupować spodni "na chwilę", że jak przytyję nawet o ten jeden rozmiar, to już będą źle leżały. Więc dla wygody przerzuciłam się na legginsy i... I się zakochałam.

czarne legginsy
Akurat te legginsy u góry są całkiem gładkie i zwyczajne, ale mają taki piękny dół
Nadal jestem bardzo szczupła, i wciąż wydaje mi się, że mam za chude do legginsów nogi, ale tak je lubię, że z jeansów to mi zostały chyba dwie pary a i tak prawie wcale w nich nie chodzę.

legginsy moro
Uwielbiam wzór moro!



Poza tym dziś kupiłam też jedną parę spodni na siłownię. I o siłowni na pewno zrobię odrębny wpis. Ale muszę się ze wstydem przyznać, że nie byłam już na niej miesiąc albo i dłużej. Ale ponieważ w sobotę wrócę z całkowicie naładowanymi bateriami, to od poniedziałku (w sobotę napiszę dlaczego od poniedziałku a nie od niedzieli) poginam na siłownię.

legginsy nike na siłownię
Jeżeli będą tak wygodne jak są pstrokate to będę jeszcze bardziej zadowolona

Pewnie nie jestem pierwszą, która okryła legginsy i z pewnością też nie wyglądam w nich jak super modelka, ale je uwielbiam, są super wygodne i polecam je naprawdę wszystkim dziewczynom i zwyczajnie chciałam się tym z Wami podzielić.

legginsy moro

A teraz wracam do tego monotonnego, nostalgicznego, wiejskiego porządku

20 września 2017

Początek jesieni na wsi

Jak pisałam wczoraj, jestem na wsi i z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że na ten wyjazd czekałam cały rok.

Powietrze z południa Polski wyjątkowo mi służy. Śpię jak dziecko, a żeby wstać rano wcale nie potrzebuję budzika. Trochę tylko woda jest nienajlepsza dla mojej skóry i przez to muszę ją jeszcze bardziej nawilżać., ale to cudowne, czyste powietrze rekompensuje tę niewygodę.

Pisałam chyba wczoraj o tym, że nie mam czasu na parzenie sobie skrzypu, ale postanowiłam skorzystać z tego że tu jestem i zbiorę sobie troszkę czystego, prawdziwie ekologicznego skrzypu i po ususzeniu będę korzystać z jego dobrodziejstw. Przy okazji też odświeżę i uaktualnię wpis na temat jego zdrowotnych właściwości.

Czasami myślę, że mogłabym całe życie spędzić w takim spokoju, na wsi. Dzisiaj jest wyjątkowo nostalgiczna pogoda, jest szaro i wilgotno. To co było do zrobienia zrobiłyśmy wczoraj, więc dzisiaj możemy z ciotką na spokojnie posiedzieć. Robimy obiad, byłyśmy w okolicznych sklepach. To naprawdę spory szok przyjeżdżając z Gdańska, dużego miasta gdzie naprawdę sklepów i towarów w nich nie brakuje, do takiej małej wsi, gdzie w sklepie z kosmetykami i chemią nie ma kompletnie nic czego ja bym potrzebowała a markety są dwa.

Ale jedna rzecz jaką kupiłam to szare mydło. Jeszcze się zastanawiam do czego mogę je wykorzystać ale to jest pierwsze prawdziwe szare mydło jakie na swojej drodze spotkałam. Jak wymyślę dla niego i sprawdzę jakieś ciekawe zastosowanie to coś o nim naskrobię.

Teraz zostawiam Was z kilkoma zdjęciami zrobionymi od niedzieli, czyli od kiedy tu jestem, może choć trochę uda mi się podzielić to cudowną atmosferą jaka tu jest.





19 września 2017

Co zabieram do kosmetyczki na tygodniowy wyjazd?

Skoro czytacie ten wpis, oznacza to że jest poniedziałek (poprawka: wtorek, bo wczoraj nie miałam siły go dodać) , i ja jestem w tej chwili na najpiękniejszej wsi w Polsce.

Chociaż nie zdążyłam jeszcze napisać zbyt dużo o mojej obecnej pielęgnacji, to chciałam krótko pokazać Wam co zabieram ze sobą do podróżnej kosmetyczki. I tu muszę powiedzieć że jestem mistrzynią pakowania się. Jestem w stanie wziąć naprawdę mało rzeczy i zmieścić je w jakiejś niedużej torbie, a nawet torebce!

Głównie chcę "pochwalić się" zawartością kosmetyczki.

Od kilku tygodni całkowicie unikam podkładów innych niż mineralne, dlatego też na wyjazd zabrałam tylko próbkę Annabell Minerals (cały czas szukam jeszcze odpowiedniego koloru dla siebie, stąd to że używam cały czas próbek).



Ponieważ jestem w trakcie wymiany moich kosmetyków, to sporo z nich mi się skończyło i nie znalazłam jeszcze dla nich odpowiednich następców. I sytuacja wygląda tak, że nie mam kremu nawilżającego. Zamiast niego biorę olej z nasion malin i żel hialuronowy. Mam tylko krem Siarkowa moc matujący, ale on mnie mocno wysusza więc nie mogę go używać zbyt często. Mam też tonik z tej samej serii i też go zamierzałam zabrać ale nie obawiałam się, że się wyleje, nie ufałam buteleczce a nie miałam już czasu na przelewanie więc ostatecznie został w domu.


Poza olejem z nasion malin w mojej kosmetyczce znalazł się też olej tamanu. O tym oleju na pewno zrobię wpis, ponieważ to jest moje najbardziej śmierdzące ale jednocześnie chyba najbardziej spektakularne odkrycie życia.


Jak pisałam wcześniej zabrałam też ze sobą żel hialuronowy. Kupiłam go całkiem niedawno więc nie mam jeszcze wyrobionej opinii na jego temat ale w żaden sposób mnie nie podrażnia, więc nie mam obaw by go potestować także w podróży. Jak tylko będę miała o nim coś do powiedzenia, to też podzielę się moją opinią.


Cienie do powiek. Raczej mi się nie przydadzą,
rzadko bardzo ostatnio używam kolorówki, ale na wszelki wypadek wzięłam ze sobą bardzo małą paletkę z Sephory. Jest mała, ma kolory jasne i ciemne (w sumie te ciemne to i tak są dość jasne, ale czarny jest naprawdę czarny więc mocniej podkreślić oko też się da), bardzo delikatne, średnio napigmentowane, matowe i bardzo błyszczące, naprawdę świetna dla mnie. I zostając w temacie oczu, oczywiście kredki do oczu i tusz, bo to taka moja podstawa.

Do włosów wzięłam tylko wcierkę Jantar. I muszę przyznać że pokładam w niej ogromne nadzieje, bo od połowy sierpnia mniej więcej mam przeokropny problem z wypadającymi włosami. A ponieważ nie mam czasu na przygotowywanie sobie naparów ze skrzypu to póki co ratuję się od zewnątrz.


Do demakijażu wspomniana w poprzednim wpisie Tołpa. Niestety skończyła mi się pasta z Ziaji, piankę miałam u K. a ponieważ mój wyjazd był do samego końca niepewny, nie wiedziałam kiedy wyjadę i nie zdążyłam tej pianki zabrać a nie chciałam kupować byle czego na szybko.


I oczywiście waciki. I właśnie tak ostatnio wymyśliłam, że waciki to jest w ogóle chyba podstawa mojej pielęgnacji, rzecz najbardziej niezbędna i ostatnio kupiłam waciki z biedronki i one są świetne!


Zupełnie przy okazji zabieram też chusteczki do higieny intymnej. Skład mają słabiutki ale do pociągu do przetarcia dłoni są naprawdę spoko.

Wpis dodany bardzo na szybko, ale korzystam z uroków pięknej wsi i czystego powietrza. Po powrocie napiszę więcej o pielęgnacji jaką tu uskuteczniam.

16 września 2017

Dwuetapowe oczyszczanie twarzy

Chociaż tytuł wskazuje na to że wpis ma dotyczyć tylko dwuetapowego oczyszczania twarzy to chciałam też odrobinę szerzej napisać o moim oczyszczaniu. Zwłaszcza że ostatnio sporo się w tej mojej pielęgnacji pozmieniało i już widzę pozytywne efekty tych zmian.

Przede wszystkim to czego nigdy wcześniej nie robiłam, a teraz zaczęłam to wyśmiewane przez K. dwuetapowe oczyszczanie twarzy. Stosuję je tylko wtedy gdy mam makijaż, albo gdy przez cały dzień nie miałam okazji odświeżyć buzi, albo gdy miałam na twarzy coś ciężkiego, jakiś krem plus olej albo coś takiego. Ogólnie raz na dobę najlepiej przed spaniem w ten sposób moją cerę traktuję.

dwuetapowe oczyszczanie twarzy

Nie jest tu potrzebna żadna wielka filozofia. Jak sama nazwa mówi, są dwa etapy. Najpierw zmywam makijaż płynem micelarnym. Póki co używam na zmianę dwóch płynów z Tołpy. Przy okazji mogę napisać że to moja pierwsza styczność z Tołpą i szczerze mówiąc nie zachwyciła mnie ta marka. To znaczy nie jest źle, mają intensywny ale dość przyjemny zapach, mają w składzie alkohol ale nie wysuszają mnie, a czasem nawet trzy razy na dobę ich używam. Nie zostawiają lepkiego filmu a to duży plus. Zmywam makijaż delikatnie ale tak długo aż wacik po przetarciu twarzy będzie całkowicie czysty. I na tym pierwszy etap się kończy.  Nic prostrzego prawda?

dwuetapowe oczyszczanie twarzy

A druga rzecz to mycie twarzy detergentem, już z użyciem wody. Na ten moment wykańczam pastę z manuką z Ziaji. Bardzo mi odpowiadały zapach i drobinki w tym produkcie, ale teraz gdy myje twarz dwa razy jest to dla mnie trochę zbyt mocny i drażniący kosmetyk. Jeżeli najpierw robię demakijaż to ten detergent nie musi być już taki silny. Więc opakowanie pasty mam już rozcięte, na wykończeniu i rozglądam się za czymś delikatniejszym, prawdopodobnie za jakąś pianką.

dwuetapowe oczyszczanie twarzy
Ta biała maź na mojej twarzy to właśnie pasta z Ziaji z manuką



I to tyle! Dwa etapy, buzia jest naprawdę na maxa oczyszczona. Na koniec jeszcze oczywiście tonizuję twarz i często dzieją się tam jeszcze dalej kolejne rzeczy ale myślę że o tym napiszę osobny wpis.

Miałam też napisać o tym jakie widzę zmiany odkąd tak wygląda moja pielęgnacja. Dodam jeszcze tylko że rano albo po prostu kiedy się budzę i mam na twarzy tylko krem lub lekki olej czy serum nałożone przed spaniem to albo używam tylko płynu micelarnego albo tylko detergentu i wody.
Więc od kiedy wprowadziłam takie zmiany, czyli tak naprawdę od bardzo niedawna to zauważyłam że powstaje mi na twarzy o wiele mniej krost i pryszczy, zniknęło mi albo raczej stało się niewidocznych kilka okropnych czarnych zaskórników, które się bardzo rzucały w oczy. I to co widać najbardziej to mocno pootwierane pory. I oczywiście zdaję sobie sprawę z tego że to nie jest dobra rzecz, ale świadczy o tym że jakieś zmiany jednak zachodzą. Oczyszczanie jest dla mnie na ten moment priorytetem a na zamykanie porów też przyjdzie czas.

Kilka uwag, które urodziły mi się w głowie podczas pisania, a które naprawdę wydają mi się istotne.

Po pierwsze kiedyś mi się wydawało że im cieplejsza woda, a nawet im bardziej gorąca tym dokładniejsze i dogłębniejsze oczyszczanie. To błąd jakich mało! Z jednej strony oczywiście że wyższa temperatura otwiera pory, ale też rozszerza naczynia włosowate w skórze i to owszem powoduje że np. nałożone potem produkty się lepiej wchłaniają ale w jaki agresywny sposób to się dzieje!?

Bezpieczny efekt rozszerzania się naczyń włosowatych możemy uzyskać przez delikatny masaż manualny. Będzie to bezpieczniejsze, nie spowoduje pękania naczynek, nie doprowadzi do rumienia, niekontrolowanego zaczerwienienia i innych nieprzyjemności. A poza tym obiło mi się o uszy że bardzo ciepła woda podczas mycia buzi może pobudzić do pracy gruczoły wydzielające sebum a to spowoduje szybsze przetłuszczanie się skóry.

Druga rzecz. Kupując pastę z manuką z Ziaji jej dość twarde, ostre drobinki wydawały mi się jej atutem ale w tej chwili to dla mnie zbyt niedelikatne rozwiązanie. Ponieważ nie chodzi o to, żeby ścierać sobie na siłę skórę z twarzy i to nam ją pięknie oczyści, nie! To tak nie działa! Chodzi o to by być delikatnym, poświęcić chwilę na te miejsca, które tego potrzebują. Myjąc twarz pomasować chwilę dłużej te miejsca, które są bardziej problematyczne. Takie działanie będzie tysiąc razy bardziej efektywne niż szorowanie na siłę.

Podobnie jest z tym pierwszym etapem, wacikiem też nie należy przeciągać po twarzy tak że aż skóra się przesuwa, wystarczy to robić delikatnie. Jeżeli mam mocny makijaż oczu to nasączony wacik przykładam na chwilę do zamkniętego oka, czekam moment aż płyn micelarny trochę zmiękczy ten make up i wtedy dopiero delikatnie przecieram.

I chociaż naprawdę dogłębne oczyszczanie nie jest trudne to jest bardzo potrzebne. Trzeba być regularnym i systematycznym.

Na dzisiaj to tyle, tak na początek. W poniedziałek pojawi się wpis dotyczący tego co zabieram ze sobą na tygodniowy wyjazd, i jak poza domem będzie wyglądać moja pielęgnacja.

13 września 2017

Wpis organizacyjny, wstęp, albo ogłoszenia parafialne, co kto woli.



Kiedy zaczynałam pisać tego bloga (4 lata temu!) pisałam o domowych, albo naturalnych sposobach na różne przypadłości czy dolegliwości. I w moim podejściu pod tym względem niewiele się zmieniło, nadal gdy łapie mnie przeziębienie to zamiast jakiegoś leku, czy „saszetki” wolę herbatę z miodem i domowym sokiem i oczywiście z amolem albo mleko z miodem, masłem i czosnkiem. 

Teraz moje „upodobanie” to takiej naturalności przeniosło się także na pielęgnację. Od zawsze miałam cerę dość problematyczną, tłustą ale bardzo wrażliwą, suchą i skłonną do uczuleń.  Kilka razy już próbowałam pielęgnacji minimalistycznej, bo ciągle słyszałam „używasz tyle tego wszystkiego, a zobaczysz, przestaniesz się tym mazać, to ci wszystkie pryszcze znikną i krosty”. Niestety, u mnie taka minimalistyczna pielęgnacja kończyła się tylko mega zapchanymi porami, szarą, „zmęczoną” cerą i totalnym wysuszeniem. 

Ale całkiem niedawno znalazłam świetny kompromis pomiędzy skrajnymi podejściami i uważam, że dzięki temu naprawdę będę miała o czym tu pisać!

Poza tym zaczęłam też trochę bardziej zwracać uwagę na to co jem i jak mój organizm na to reaguje. I to co zauważyłam natychmiast  to moja reakcja na chipsy, które jeszcze do niedawna uwielbiałam i nie potrafiłam ich sobie odmówić. Zauważyłam, że zawsze po zjedzeniu chipsów miałam na twarzy taki wysyp krost innych badziewiaków, że nie mogłam sobie z tym poradzić. Albo po zielonej herbacie (w nadmiernej ilości) bardzo boli mnie żołądek. W pewnym momencie też bardzo zaczął mi przeszkadzać alkohol, tzn. nawet pijąc bardzo małą ilość reagowałam jakbym wypiła o wiele więcej. Naprawdę wystarczy przez jakiś czas się poobserwować i można się sporo nauczyć o samym sobie.

Może pisząc o tym wszystkim uda mi się zwrócić czyjąś uwagę na coś co rzeczywiście negatywnie wpływa na tę osobę, i wyeliminowanie tego czynnika poprawi komuś komfort życia? Wiem że brzmi to poważnie i górnolotnie ale piszę z własnego doświadczenia i wiem że czasem mała zmiana może naprawdę pozytywnie wpłynąć na takie zwykłe codzienne życie.
Nie wyobrażam sobie wieczoru bez gorącej herbaty
Pierwsze wpisy będą na pewno o zmianach jakie ja wprowadziłam ostatnio w pielęgnacji twarzy, bo ich efekty są naprawdę mega!

Dodam, że najprawdopodobniej wpisy będą się pojawiać regularnie, w poniedziałki, środy i soboty, zawsze wieczorem, późnym wieczorem

Rozpisałam się, a w sumie nie napisałam nic konkretnego, dlatego teraz przy kubku gorącej herbaty biorę się do pisania notki na temat dwuetapowego oczyszczania twarzy, z którego śmieje się mój K. i pomykam popatrzeć co dzieje się na Waszych blogach! 


Miłego wieczoru (albo dzień dobry jeżeli ktoś tu zajrzy jutro), trzymajcie się!

ps. Koniecznie wpadajcie też na mój instagram, tam pewnie będę się pojawiać częściej.

12 września 2017

I'm back baby!



Wracam!

Bez żadnych ceregieli, bez zbędnych słów wzruszenia, że w ogóle udało mi się w końcu odzyskać dostęp do tego bloga, i bez tłumaczenia  się po prostu WRACAM!

Zacznę od tego, że moje życie się naprawdę bardzo zmieniło, chociaż niektóre elementy pozostały takie same. Najważniejsze co mi teraz przychodzi do głowy, to mój K. Kiedy zaniechałam pisanie tego bloga, a potem już nie mogłam odzyskać maila, hasła (i innych takich o których naprawdę nie chcę się rozpisywać) to najbardziej było mi żal tego, że to tutaj właśnie pochwaliłam się tym gdzie, jak i że w ogóle mi się oświadczył! Z tego powodu, z czasem ten blog stał się dla mnie tak cenny. Ale odbiegam od meritum. Po wielu burzach, huraganach, kataklizmach walących mój świat, nadal jesteśmy razem, nadal z moim K. 

Nie pracuję już w szpitalu, w którym pracowałam pisząc jeszcze ostatni wpis. Tak naprawdę nie pracuję w żadnym szpitalu i nie robię nic związanego z masażem, fizjo albo chemią lub biologią.

Próbowałam swoich sił w fotografii, co skończyło się marnie (może kiedyś o tym napiszę, ale to dla mnie dość trudne i bolesne wspomnienia). Próbowałam życia za granicą ale potężna tęsknota i samotność bardzo szybko sprowadziły mnie z powrotem do domu. 

I z ogromną radością muszę przyznać, że pisząc ten wpis również czuję się jakbym wróciła do domu.

W czasie gdy mnie tu nie było musiałam również pożegnać mojego psa, to dla mnie znaczące wydarzenie ostatnich lat. A propos zwierząt, moja mama nadal ma swojego brzydkiego kota ale już się z nim, a właściwie z nią wzajemnie zaakceptowałyśmy. 

Nie robię już nalewek, ponieważ praktycznie w ogóle nie piję alkoholu, nawet piwa! Natomiast od mojego pobytu zagranicą piję hektolitry herbaty, kiedyś na pewno napiszę co ma jedno do drugiego. 

Chciałabym od razu napisać wszystko, ale nie miałoby to ani ładu ani składu, więc teraz jeszcze raz napiszę że jestem naprawdę nieziemsko szczęśliwa że wróciłam, a już od kolejnych wpisów moje myśli nabiorą sensownych kształtów.

I jeszcze jedno, nie wracam po to, żeby pisać o bzdetkach, tylko mam do powiedzenia naprawdę sporo ciekawych rzeczy, ale o tym wszystkim z czasem się przekonacie!

A tak wyglądałam wczoraj o 5:19 rano. Niezbyt  korzystne, ale nie spodziewałam się, że będzie to zdjęcie, które wrzucę w blogosferę, tak by zobaczył je cały świat. A jednak, takie przypadki chodzą po ludziach!



Mega ściskam wszystkich którzy postanowią tu jednak zawitać i do zobaczenia!


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...